środa, 2 czerwca 2010

Bobkowski/Doisneau - dwa ujęcia Paryża



Robert Doisneau, La velo de Tati (1949)

Za nami już dwa spotkania ekipy rowerowej -wciąż jeszcze wiele zostało do zaplanowania i zrobienia, wciąż rodzą się kolejne pomysły i idee. W tym wszystkim Francja jawi się jako odległe, ale nabierające kształtów wyobrażenie - tymczasem wyruszamy już za szesnaście dni. Zaczynamy od tekstu na temat Paryża - pierwszego miejsca, które odwiedzimy w trakcie wyprawy.

***

Mówienie o otaczającej człowieka rzeczywistości w sposób pozwalający ukazać innym swój punkt widzenia, swoją osobistą refleksję na temat napotykanych ludzi i wydarzeń stanowi największe wyzwanie stojące przed każdym, kto próbuje ująć świat w ramy szeroko rozumianej narracji. "Narrację" możemy tu rozumieć na różne sposoby: jako literacką impresję, jako fotograficzną opowieść, jako malarską interpretację czy w końcu zapisany na taśmie filmowej obraz. Dzisiaj, kiedy masa powstających w każdej chwili kulturowych przekazów sprawia, że wiedząc coraz więcej, tak naprawdę coraz mniej jesteśmy w stanie objąć własnym umysłem - łatwo się pogubić.

W tej sytuacji jeszcze cenniejsze wydają się być wyraziste i zapamiętywalne głosy z przeszłości - głosy przemyślane, charakterystyczne i nacechowane głęboką refleksją na temat toczącego się wokół autora życia. Takimi głosami bez wątpienia nazwać można dwóch ludzi, których los połączył z Paryżem - pierwszym punktem naszej wyprawy, jednym z najbardziej fascynujących miejsc na świecie. Tymi ludźmi są autor "Szkiców piórkiem" Andrzej Bobkowski i znany francuski fotograf, Robert Doisneau.

Choć podróż rowerowa Bobkowskiego stanowi bardzo istotny element jego wojennych dzienników, większa część "Szkiców piórkiem" została spisana podczas pobytu autora w Paryżu. Pod poszczególnymi datami, poza refleksją nad kulturą europejską wraz z jej narodowymi odmianami, wydarzeniami politycznymi i obrazem życia codziennego we Francji lat 1940-1944, możemy odnaleźć także świetnie odmalowany obraz Paryża. Oczyma Bobkowskiego zaglądamy do małych sklepików i restauracji, razem z nim odwiedzamy bistro, pijąc szklankę rumu, w końcu rozmawiamy z mieszkańcami Paryża na temat kolejnych aktualnych wydarzeń. Nie odbieramy tylko umysłem, daleko nam do chłodnej kalkulacji. Chłoniemy miasto wszystkimi zmysłami. Obserwujemy tłum, ale też skupiamy się na szczegółach, które dodają jednostkom i otoczeniu własnego charakteru w ludzkiej masie. Tą zdolność plastycznego i różnorodnego przedstawienia detali przez pamiętnikarza widać choćby, gdy opisuje zakupy na rynku, albo gdy portretuje niezwykłą scenę, która miała miejsce w pewnym barze:

Ja też jestem nie umyty, też jestem byle jak ubrany i też mam koszyk w ręku. Idę z tłumem i oddycham to serami, to mulami, to rybami. Albo pogrążam się w zapachu wilgotnych jarzyn i łakomie wdycham woń porów (...) Pamiętam, jak cztery lata temu, w pierwszy dzień po przyjeździe tutaj wybiegłem przed dom i wydawało mi się, że Sezam otworzył się przede mną. Na stołach góry daktyli i suszonych fig, kiście bananów, piramidy czekolady i katedry serów." (13.IV.1943 r.)


Robert Doisneau: La Carreau des Halles (1945) ; Madmoiselle Anita (1951)

Szara, zimowa godzina. Przy kontuarze stało kilku obywateli wiodąc ożywioną dyskusję polityczną. W rogu, tuż przy ścianie, stała młoda i bardzo ładna dziewczyna. Jakaś okoliczna fille mieszkająca pewnie niedaleko i rozgrzewająca się pomiędzy jedną i drugą tournee przed swoim hotelem. Wspaniałe nogi, świetnie zbudowana, rasowa. Zacząłem się jej przyglądać dość łakomie, popijając rum. Obywatele rozmawiali o tym, co może zrobić dzisiejszy citoyen przeciwko gwałtom okupacji (...) Dziewczyna dopijała wolno swoją kawę, słuchając z dziwnym uśmiechem. Nagle roześmiała się chrapliwie, z głębin zniszczonych płuc (...) Wsparta łokciem na kontuarze, ślizgała się po nim w przód i wstecz, huśtając całym ciałem, kołysząc biodrami. I śmiała się. A potem zaczęła mówić - głośno i jakoś pieszczotliwie, jak do dzieci: -"Co można zrobić? Każdy może coś zrobić. Ja mam syfilis i częstuję nim Niemców" (17.XII.1942 r.)

W dwóch przytoczonych fragmentach odsłania się przed nami Bobkowski - czujny obserwator Paryża i tętniącego w nim życia. Podobnie jak polski inteligent, tak i francuski fotograf Robert Doisneau (1912-1994) przyglądał się codzienności, odnajdując w niej pierwiastek pozwalający uczynić ją niepowtarzalną. Na jego twórczość natknąłem się pierwszy raz w berlińskiej księgarni wydawnictwa Taschen, wydającego świetne albumy ze sztuką. Jego prace działają natychmiastowo - po pierwszym kontakcie można się bądź momentalnie zakochać, bądź uznać je za niewarte uwagi, nigdy później do nich nie wracając.

Niemal wszystkie fotografie tego autora stanowią próbę ujęcia, jak powiedział sam Doisneau, zwyczajnych gestów zwyczajnych ludzi w zwyczajnych sytuacjach w sposób ukazujący tkwiącą w nich niezwykłość. Zdjęcia Francuza sprzed wojny, z okresu okupacji i pierwszych lat powojennych pozwalają nam sobie zwizualizować to, co wyłania się zza głębokich refleksji oraz erudycyjnych rozważań Bobkowskiego - rzeczywistość każdego paryżanina, francuskiego "ducha", prawdziwą myśl potrafiącą ująć i wypowiedzieć to, co każdy czuje podświadomie, z czego nie zdaje sobie sprawy będąc jednocześnie świadomym, o czym wie nie wiedząc.

Choć Paryż w oczach obu panów ma wspólny mianownik - przymiotniki, którymi go określają, w pewnym stopniu się od siebie różnią. Pamiętnikarz pisze o Francji z fascynacją, ale też wyraźnym dystansem, przeradzającym się czasem nawet w niechęć charakteryzującą kogoś, kto się na kimś bardzo zawiódł. Zniesmaczony postawą nie tylko Francuzów, ale też i całej Europy autor nie szczędzi gorzkich słów pod adresem czasów, w których przyszło mu żyć. Zmysłowe odbieranie świata stanowi uzupełnienie, a nie dominantę jego myśli.


Robert Doisneau - Love and Barbed Wire (1944); Queuing at the Food Store (1945)

Doisneau z kolei poszukuje zawsze w świecie ciepła lub choćby łagodzącej ból przenośni. Na jednym z jego zdjęć widzimy scenę oddającą charakter jego fotografii. Na pierwszym planie drut kolczasty, prawdopodobnie postawiony w tym miejscu przez niemieckich żołnierzy lub francuskich powstańców. Na drugim - długi korytarz tworzony przez dwa oddalone od siebie rzędy drzew, między którymi na ławce możemy odnaleźć obejmującą się parę. Przenośnia, której krytycy Doisneau często zarzucają zbytnią prostotę, stanowi jego najsilniejsze narzędzie. Powstańcy paryscy na jego zdjęciach mają twarze współczesnych modeli, obraz kolejki stojących do sklepu - tak świetnie odmalowany także przez Bobkowskiego - oddala od nas siedząca na taborecie dziewczynka na pierwszym planie.

Głębiej się zastanawiając, musimy jednak zauważyć, że być może to, co u Doisneau możemy nazwać życzliwym okiem, i to, co u Polaka stanowi szczerą refleksję - to dwa różniące się od siebie spojrzenia na te same zjawiska. Interesujące fotografa "piękno" ukryte w młodych ludziach z bronią w ręku, Bobkowski zbywa złośliwymi uwagami na temat odwagi rodzącej się tylko wtedy, gdy jest to bezpieczne.

Unikając już dalszych rozważań, poszukiwania wątków łączących i dzielących tych obu autorów - warto tylko stwierdzić, że przed podróżą do Francji najlepiej zapoznać się z twórczością obydwu z nich. Miasto, o którym opowiadali już nie istnieje, to prawda - jednak ślady jego nie tak odległej przeszłości, opisywanej przez Bobkowskiego i Doisneau, będziemy mogli odnaleźć na każdym kroku.

Pierwszy z nich - za siedemnaście dni, kiedy dotrzemy do Paryża, rozpoczynając naszą rowerową podróż śladami "Szkiców piórkiem".

więcej o Robercie Doisneau
więcej o Andrzeju Bobkowskim

Przemysław Kuć

3 komentarze: