sobota, 3 lipca 2010

Rowerowe Riwierstwo



Przekroczyliśmy już dolinę Varu i od środy jesteśmy po „rzymskiej” stronie Francji. Do 1860 roku Cannes, Nicea i inne miasta leżące na wschodnim brzegu rzeki znajdowały się w obrębie wpływów włoskich księstw. Jak zwykle omijamy autostrady i ospale, iście rowerowym tempem, toczymy się „bobko-wozem” historyczną Via Aurelia, biegnącą wzdłuż wybrzeża. Pomimo zmęczenia, po dotarciu na camping w Antibes, wyciągamy rowery i zamiast do pobliskiego wesołego miasteczka, wyruszamy nieznaną drogą do Cannes (o nocnej wyprawie do stolicy europejskiego filmu czytaj w poście, zamieszczonym poniżej).
Po czterech godzinach snu wstajemy z samego rana i ruszamy dalej. Rundka po okolicznych plażach i starym mieście to dla nas relaks. W Antibes zwiedzamy muzeum Picassa ze świetną czasową wystawą hiszpańskiego artysty Jaume Plensy ( http://www.jaumeplensa.com/ ) . Tego typu nieprzewidziane, nieplanowane zdarzenia to najsmaczniejsze kąski całej wyprawy.
Jest upalnie. Co kilka kilometrów zjeżdżamy na plażę i orzeźwiamy się w chłodnym jeszcze morzu. Przyprawieni morską solą wracamy do naszego obozowiska, aby w ciągu godziny z wędrowców, w cudowny sposób, przemienić się w bywalców salonów. Wieczorem jedziemy bowiem do Monte Carlo, a to przecież zobowiązuje. Wygniecione koszule i sandały to chyba kwintesencja naszej rowerowo-naukowej wyprawy. Po drodze zatrzymujemy się w Nicei. Spacer słynną Promenade des Anglais skłania do refleksji nad kształtem współczesnej kultury. Siadamy w jednej z knajp usytuowanych na samej plaży. Zamawiamy drinki i zaczynamy czytać fragmenty Szkiców… Po kilku minutach podchodzi do nas podchmielony mężczyzna w średnim wieku i po polsku zagaduje o to, co robimy. Okazuję się, że jest on właścicielem restauracji, w której siedzimy, podróżnikiem i mitomanem. Konwersujemy z nim przez chwilę, opowiadamy o ekspedycji, a on ochoczo dzieli się z nami swoimi doświadczeniami życiowymi. Choć na pozór sporo nas łączy, upustu żadnego nie dostajemy (czy w ogóle powinniśmy go oczekiwać? ). Płacimy rachunek, grzecznie się żegnamy i wychodzimy. Przed nami Monte Carlo, które jak się okazało stoi przed nami „zamtworem”. Monaco najwyraźniej nie potrzebuje przybyszy niezorientowanych co? gdzie? i jak?. Brak oznakowania, szalejący GPS, późna pora i ogarniające wszystkich zmęczenie skłaniają nas do odwrotu. A bientôt Cote d’Azur!
Natalia K.

1 komentarz: