czwartek, 1 lipca 2010

Gruissan - Camargue



Pierwszy raz od przyjazdu spałam dłużej niż 5 godzin. Z upałem walczę przy pomocy chrupiącej czerwonej papryki, soczystej brzoskwini i soku z pulpą. Nasz wyjazd z Gruissan opóźnia się. Przed rozliczeniem z agencją wynajmującą domki letniskowe, musimy posprzątać w nich absolutnie wszystko łącznie ze sztućcami na suszarce. Ciągle dyskutujemy na temat planu dzisiejszego dnia. Czasu jest mało, a Joanna ciągle przypomina, że nie można mieć wszystkiego. Czy lepiej przejechać 65 km z Montpellier, 40 km z Aigues Mortes do Arles, czy może nocować na plaży w Saintes Maries de la Mer?

Ostatecznie rozdzieliśmy się. Ekipa spragniona rowerów (między innymi ja) zrealizowała ten ostatni pomysł. Reszta udała się busem do Arles.

Montpellier jest jednym z tych miast, w których mogłabym mieszkać. Zarówno szerokie pasaże powstałej w ciągu ostatnich dziesięcioleci postmodernistycznej dzielnicy Antigues na podstawie projektu Baufilla, jak i wąskie uliczki starego miasta stworzone są dla ludzi, nie dla samochodów. Po drodze mnóstwo stojaków rowerowych i cichych kafejek w cieniu bocznych ulic. Nawet tramwaj w czerwono-żółte kwiaty wpisuje się w ten krajobraz idealnie. Moja towarzyszka zwiedzania - Martyna - uśmiecha się do niego.


W drodze do miejsca zbiórki, na Place Cosme, zauważamy szyld Irish Pubu. Nie możemy sobie odmówić zimnego Guinessa. Jedziemy dalej. W niewielkiem Aigues Mortes wypakowujemy rowery. Ja odczepiam uszkodzony podczas ostatniej trasy przedni błotnik. Niepodal pomnika Ludwika Świętego wypijamy ostatnią kawę. Mamy do przejechania 34 kilometry. Zatrzymujemy się już po kilku kilkunastu minutach . Szyldy reklamowe zachęcają do spróbowania lokalnych melonów i lokalnego... ryżu. Wjeżdżamy do Camargue. Bobkowski pisał, że to pustynia. Jednak region ten można nazwać jednocześnie wyspą, bagniskami, krainą czarnych byków i białych koni, flamingów, a przede wszystkim komarów. Ale skąd ryż? Po drodze rozciągają się pasma nawodnionych pól. To kolonialne dziedzictwo Francji. Trasę pokonujemy dość sprawnie. Po drodze przeprawiamy się promem i fotografujemy pasące się byki.



Tuż przed zachodem słońca wjeżdżamy do Saintes Marie de la Mer. Kościół do którego zawsze w maju pielgrzymują tysiące Romów jest już zamknięty. Właściwie trudno uwierzyć, że to miasteczko znajduje się we Francji. Dookoła wiszą flagi Katalonii i plakaty informujące o zbliżającej się corridzie.

Zatrzymujemy się w restauracji, która reklamuje się polską wołowiną. Zjadam chyba najsmaczniejszy posiłek podczas naszego pobytu. Pieczona ryba - Sepia z ziemniakami i warzywami. Po drodze kupujemy butelkę białego lokalnego wina i zaczynamy szukać noclegu. Komary przeganiają nas z kolejnych miejsc. W końcu poddajemy się przyjmując naiwne założenie, że o godzinie 23.00 przestaną kąsać. Przy światełkach rowerowych kończymy pisać tekst na Polskę na Rowery. Pełny księżyc świeci już trzeci dzień. Mimo zmęczenia trudno przy nim zasnąć.


Borys budzi mnie o 4:50 mówiąc, że musimy się już zbierać. Jest ciągle ciemno, a komary znów zaczęły gryźć. Nie wierzę, że zaraz mam wsiąść na rower, żeby przejechać 37 km do Arles. Wszyscy na mnie czekają, bo nawet nie jestem w stanie spakować sakw. Tym razem na pewno nie dam rady. Nie wierzę własnym oczom, kiedy pół godziny później spotykamy w miasteczku otwartą kafejkę. Właściciel siedzi przy barze paląc papierosa, a jego żona zaprasza nas na pyszną kawę z mlekiem. Mam wrażenie, że ta sprzyjająca aura nie jest przypadkowa. Może jednak się uda. Przez pierwsze kilkanaście kilometrów kręci mi się w głowie. Pomagam sobie głośno śpiewając nostalgiczne hiszpańskie piosenki. Wschód słońca robi wrażenie, jednak nic nie równa się z widokiem stad flamingów pijących wodę z płytkich jeziorek wzdłuż drogi.

Taki widok rozciąga się przez dobry kwadrans powolnego pedałowania. Mam ochotę co chwila przestawać i robić zdjęcia, jednak wciąż zapominam, że mój aparat rozładował się w Montpellier. Zmęczenie dodatkowo wyostrza zmysły, komary powoli znikają. Zaczyna się kolejny, niesamowity dzień.

Martyna Dominiak

2 komentarze:

  1. No i o to chodzi, o to chodzi :) Wreszcie zaczęliście pisac dla ludzi:) A komary najbardziej nie znoszą zapachu...czosnku i cebuli wydalanych przez skórę :) Szkoda, ze ludzie też :)

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Na komary najlepszy jest zapach czosnku i cebuli wydzielany przez skórę :) Szkoda, ze ludzie nie znoszą go na równi z komarami :)

    Miło się czytało.

    OdpowiedzUsuń