piątek, 2 lipca 2010

Marsylia 29.06

Marsylia jest nieudanym i trudnym do zniesienia projektem modernizacyjnym. Bogata przeszłość miasta kwitnącego od czasu Kartaginy może obiecywać egzotyczne atrakcje historycznej dzielnicy portowej. Niestety, żadnych wąskich uliczek, kafejek i targów rybnych. Wszędzie spotykamy zdegenerowane wykwity architektury modernistycznej, chociaż to tu powstała słynna „jednostka mieszkaniowa” Cité Radieuse Le Corbusiera.

Ze śródziemnomorskiego dziedzictwa pozostało tu niewiele więcej ponad wielokulturowy tygiel, z wielkiego projektu modernizacyjnego – nieludzkie osiedla. Miasto jest pełne imigrantów, którzy zamieszkują niekończące się zaśmiecone blokowiska. Moją uwagę zwraca sklep z napisem: Boulangerie – Charcuterie – Halal (muzułmański odpowiednik koszerności). Cała współczesność w jednym szyldzie. Stary port (Vieux Port) jest taki tylko z nazwy, bo wszędzie widać powojenne budynki. W mieście jest nieprzyjemnie, brudno i, podobno, niebezpiecznie – Marsylię nazywa się nawet francuską Sycylią. Być może nowa architektura miało być lekarstwem na tajemne życie starych dzielnic. Niestety nie wyszło. Modernistyczne inwestycje zaburzyły historyczny porządek rozwoju miasta. Normalnie mamy średniowieczne centrum, później dziewiętnastowieczne bulwary, i dopiero na obrzeżach nowe dzielnice. Marsylia zniszczyła porządek czasu i drogo za to płaci.

Długo krążymy po centrum, nie mogąc zaparkować, potem szukamy punktu turystycznego. Upał i brak cienia zniechęca do zwiedzania. Myślę o zjedzeniu lokalnego przysmaku, słynnej zupy rybnej bouillabesse, ale cena jest zaporowa, więc ostatecznie wybieram bar z Fast-foodem. Kręcimy się trochę po centrum, ale szybko uciekamy i postanawiamy zobaczyć budynek Le Corbusiera. Za tę zachciankę płacimy postojem w niekończącym się korku. Tempo ruchu ulicznego jest jak prąd wody w bajorze. Zastój, upał. Jedynie skutery, niczym pławiki, wprowadzają nieco ożywienia. Kolejny dowód, że modernistyczna urbanistyka ze swoim uwielbieniem wielkich budynków i szerokich ulic to pomyłka. Szersze ulice, zawsze oznaczają większe korki (aluzja do Łodzi). Bobkowski też cierpiał jadąc przez Marsylię, ale z innego powodu. Jego zatrzymywały tłum i kocie łby (Tadzio porównuje Marsylię do warszawskich Nalewek), nas – samochody. Chcemy już na rower.

Docieramy w końcu do TEGO bloku. Nie taki straszny ten Corbusier jak go malują. Budynek stoi w otoczeniu zieleni, ktoś nawet gra w boule. 
Wrażenie pozytywne, jest wręcz ładnie. Olbrzymią bryłę budynku urozmaica pionowa oś klatki schodowej i pozioma linia przestrzeni socjalnej na 3 i 4 piętrze oraz różnokolorowe prostokąty na balkonach. Wszystko oparte na Modulorze, autorskim kanonie proporcji opracowanym przez Corbusiera. W wielu miejscach widoczne jest też charakterystyczny logotyp człowieka z wyciągniętą do góry dłonią. Budynek jest pod ochroną konserwatorską, więc nikomu nie przychodzi do głowy wymiana okien na plastiki albo pomalowanie balkonu na swój ulubiony różowy. Na dachu basen. Wewnątrz zaskakuje dbałość o wykończenie i jakość użytych materiałów. Na piętrze socjalnym trafiamy na wernisaż malarstwa. Prace są niemal tak dobre, jak serwowane kanapeczki z truflami. W takim bloku można mieszkać.

 

1 komentarz: