
Od czasu, kiedy pojawili się w kraju, minęło nie tak niewiele dni. Odkrywali kolejne regiony, miasta, dzielnice, ulice, punkty na mapie skomplikowanych sieci węży zwanych ulicami. Cisza małych miasteczek i hałas, drapieżność metropolii. Agues-Mortes i Marsylia. Rowery i autokary.
Czas ma to do siebie, że mimo uwięzienia w ciasnych kilku metrach kwadratowych więzienia zwanego jego miarą - tak naprawdę w każdej chwili i dla każdego upływa w zupełnie inny sposób. Czym jest sekunda, minuta, godzina, dzień, tydzień nawet, jeśli mowa o indywidualnych uczuciach każdego człowieka? Narrator sam nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie, widzi jednak, że czas nie istnieją znaki, które pozwolą go oznaczyć.
Prawdopodobnie, tak jak pisał Tomasz Mann te chwile, które upływają najszybciej - bo wzbogacają nas pięknem, mądrością, odkryciami nowego- tak naprawdę rozciągają się potem na miesiące, lata, całe życie, pozostawiając swój smak na dużo dłużej w ustach smakującego.
Byli więc we Francji, a czas upływał im zdecydowanie za krótko. Narrator odkrył jednak, że tak wcześniej zaniedbywany przez niego rower daje poczucie ogromnej wolności, jeśli tylko pozwoli mu się odkrywać wraz z sobą. Każde z kolejnych przeżyć na trasie to jakby spróbowanie wcześniej już ukochanych pokus dla zmysłów na nowo.
Narrator czuje świst wiatru w uszach, kiedy zjeżdża się z góry w drodze z Oradour do Limoges w kompletnej ciemności, kiedy inny człowiek staje się tylko czerwonym światełkiem migającym naprzeciw, a godzina robi się zupełnie nieprzyzwoita. Śmieje się aż do bólu brzucha w Tuluzie, piknikując z lekkim zawrotem głowy nad rzeką. Pożera wzrokiem winogrona, rozciągające się na horyzoncie winnic i malutkich nadmorskich miasteczek, pędząc wzdłuż kanału z Carcassone do Gruissan. Czuje euforię, gdy po długich godzinach, poszukiwaniach dodatkowych sił i walce z wątłym ciałem humanisty widzi w końcu tabliczkę z upragnionym napisem, oznaczającym bliskość celu podróży. Złości się, kiedy własne ciało i umysł zatrzymują go, odmawiając towarzystwa w podróży przez pustynię Camargue. Wsłuchuje się w ryk miasta, szusując między autami, doprowadzając do szału kierowców.

Rower, jako środek lokomocji i towarzysz podróży, pozwolił im zobaczyć rzeczy, które z autokaru czy pociągu zdają się być tylko fatamorganami, symulakrami. Nie można ich dotknąć, zlewają się w jedno w pędzie samochodu. I choć nie jeździli tak wiele, choć nie zawsze im wszystko się udawało, wciąż poszukiwali tego, o czym pisał Bobkowski - piękna, które może być tak samo trudne do zniesienia, jak ból. Przeżycia go do tej granicy, po przekroczeniu której mdleje się wewnętrznie.
Narrator pisze w trzeciej osobie, bo wciąż jeszcze odkrywa. A po powrocie? Po powrocie jest wieloma rzeczami naraz, ale także kontynuacją miłości do pewnego środka lokomocji, który pozwolił mu tak wiele przeżyć.
Przemek K.








